Lampart na macierzyńskim, czyli historia o przetrwaniu

Najpierw muszę schudnąć!
23 maja 2018

Tekst ten kieruję do obecnych lub przyszłych mam, a opieram go na własnych doświadczeniach. Moja córka ma już pięć lat, więc wspomnienia okresu wczesnego macierzyństwa nieco się już zacierają, ale jeszcze to i owo pamiętam. A najbardziej lamparta, który pomógł mi wówczas przetrwać.

W ciąży jakoś się trzymałam. Nie męczyły mnie mdłości, nie puchłam jakoś specjalnie i generalnie nie narzekałam na samopoczucie. Chciało mi się dbać o siebie, ubierałam się w sposób podkreślający i celebrujący swój stan. Nie inwestowałam milionów w ubrania ciążowe, ale kilka nowych zakupów – płaszczyk, dwie pary spodni, t-shirty, sukienka w ulubionym kolorze – pozwoliły mi czuć się ładnie i „zabezpieczyć” zestawy na różne okazje. W siódmym miesiącu ciąży wzięłam udział w szkoleniu dla osobistych stylistek i wtedy zaczęła się moja fascynacja ubieraniem innych osób. Już wkrótce zadebiutowałam w dwóch nowych rolach życiowych – świeżo upieczonej mamy i świeżo upieczonej stylistki, choć wówczas dopiero zdobywałam doświadczenie i pierwsze klientki.

Równolegle z odnajdowaniem się w nowej „macierzyńskiej” rzeczywistości odkrywałam swój styl i eksplorowałam tematykę proporcji, kolorów, trendów i komponowania garderoby skrojonej na miarę potrzeb moich klientów. Dawało mi to mnóstwo radości, ale nie będę Was czarować – nie było łatwo być równocześnie i mamą, i stylistką. Przede wszystkim dlatego, że w swej naiwności przed urodzeniem dziecka nawet nie przeczuwałam, jak trudno jest czasem takiej świeżo upieczonej matce „utrzymać się na powierzchni” – co w sensie wizerunkowym, oznacza bycie wykąpaną, uczesaną, umalowaną i ładnie ubraną (a jeszcze pamiętanie o tym, że ubranie musi umożliwić mi nakarmienie piersią córeczki). To mnie czasem dołowało. Nie chciałam czuć się zaniedbana, a tak się bardzo często czułam. A już na pewno często „nie czułam się stylistką”, bo od stylistki wymaga się przecież dopracowanego wizerunku – inaczej trudno o wiarygodność.

Wewnątrz mnie ścierały się dwie osobowości. Pierwsza, która zamykała oczy na moje potrzeby i skupiała się na potrzebach dziecka, i druga, która walczyła o – nazwijmy to – utraconą podmiotowość. Ta druga Kalina od czasu do czasu wyrywała się na zakupy i wracała do domu z ubraniami, które niekoniecznie były praktyczne albo – dajmy na to – nastawione na przetrwanie okresu macierzyńskiego, na zasadzie: oby było ciepło, oby było wygodnie, oby nie było widać plam, jeśli dziecku się uleje, itp.

Codziennie, również w okresie jesieni i zimy, spędzałam po 2-3 godziny dziennie śmigając z wózkiem po mieście, ponieważ moje dziecko najlepiej spało, kiedy ja byłam w ruchu. Szkoda, że nie miałam krokomierza, ale założę się, że robiłam dziennie na piechotę po 7-8 kilometrów. W sumie do dziś się to nie zmieniło, z tym, że „wyrabiam” te kroki głównie w centrach handlowych na zakupach z klientkami.

Biorąc pod uwagę mój “pieszo-outdoorowy” tryb życia, ta praktyczna, „mamina” część mnie pewnie kupiłaby buty Emu – albo coś w ten deseń. Na szczęście zwyciężyła ta druga Kalina, która wybrała płaskie botki, właściwie sztyblety w lamparci deseń oraz modną podówczas parkę ze skórzanymi rękawami. W tym zestawie, jeśli tylko udawało mi się zapleść włosy w warkocz dobierany, albo jeszcze (szaleństwo!) umalować usta szminką, czułam się super. Hot, sexy mama, ruszałam na podbój świata i miałam świetny dzień.

Te lampartowe botki były, oprócz wózka z dziecięciem w środku, obiektem, na którym bardzo często spoczywał mój wzrok. Kiedy wędrowałam przez zaścielony żółtymi liśćmi chodnik albo pokryte błotem ulice, moje dzikie koty podnosiły mnie na duchu i sprawiały, że czułam się jak księżniczka, a nie kopciuszek.

Mam te czasy już dawno za sobą, ale nauczyłam się wówczas ważnej rzeczy. Okres macierzyństwa jest dużym wyzwaniem psychicznym dla kobiety i warto sobie czasem „dogodzić”, żeby utrzymać się na powierzchni: nie zapominać o tym, że się jest kobietą, żywym człowiekiem, który ma swoje potrzeby. I że potrzeba ładnego, a nawet modnego wyglądu to nie jest trywialna zachcianka, tylko ważna sprawa, którą trzeba uszanować i „dopuścić do głosu”.

Bardzo często klientki zgłaszają się do mnie już po okresie ciąży i urlopu macierzyńskiego, kiedy wracają do pracy. Ten czasem kilkuletni rozdział w swoim życiu podsumowują słowami: wiesz, nic nie kupowałam, bo najpierw ciąża, potem z dzieckiem, to wiadomo, że chodzi się głównie w dresach.

Ja oczywiście nikomu nie bronię chodzić w dresach na macierzyńskim, chociaż sama przyjęłam sobie za punkt honoru, że dresów nosić nie będę, a już na pewno nie poza domem. Komfort i względy praktyczne są ważne. Ale nie są ważniejsze od WAS.

Tak więc: czy to w ciąży, czy już po urodzeniu dziecka, pomyślcie o jakimś lamparcie, albo innym dzikim kocie, brylantach, ćwiekach albo chociaż kratce księcia Walii. Wszystko jedno: grunt, żeby poprawiało Wam humor i sprawiało, że Wasza wewnętrzna strojnisia będzie zadowolona, podniesiona na duchu i dopieszczona.

A może macie lub miałyście taką rzecz: ubranie czy dodatek? Czekam na Wasze historie.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *